ZPAF-Okręg Śląski   Aktualności   . . .

ZWIĄZEK POLSKICH ARTYSTÓW FOTOGRAFIKÓW
OKRĘG ŚLĄSKI
GALERIA KATOWICE ZPAF

032-253 77 77 http://www.zpaf.katowice.pl/aktualnosci.html
biuro@zpaf.katowice.pl
WARSZAWSKA 5 - KATOWICE

zaprasza o6.02 [środa]
o godz. 18:3o
na wernisaż wystawy zbiorowej członków ZPAF

NIE TRAĆMY SIĘ Z OCZU

wystawa trwa do 4 marca 2008 wstęp wolny


MATERIAŁ INFORMACYJNY

Tytuł wystawy
"NIE TRAĆMY SIĘ Z OCZU"
Projekt wystawy: Zenon Harasym

Zaabsorbowani troskami i kłopotami codziennego życia, zmuszeni niejednokrotnie do pracy w wymiarze przekraczającym czas fizycznej i mentalnej aktywności, a dodatkowo zobligowani do pracy twórczej, artyści zapominają o potrzebie wzajemnych kontaktów i wspólnego działania.. Chcąc nie chcąc, może z braku czasu lub chęci izolujemy się, stajemy się sobie bardziej znani z nazwiska lub twórczości, niż osobiście. Stopniowe zamieranie komunikacji międzyludzkiej w środowiskach twórczych, jest coraz bardziej widoczne. Obserwuje się postępującą samoizolację poszczególnych Kolegów, tworzenie się mikro-kręgów , znaczne osłabienie działalności artystycznej, brak wspólnych inicjatyw twórczych a nawet zrywanie koleżeńskich kontaktów. Równie istotną przyczyną jest kryzys organizacyjny ZPAF, brak wyraźnie sformułowanych celów i zadań, bierność w zakresie kreowania programu działalności Związku i promocji twórczości jego członków .
Powyższe stało się impulsem do przygotowania przeze mnie projektu wystawy pt: "Koledzy. Spotkanie przez fotografię", która była eksponowanej w 2007r. w Muzeum Miejskim Wrocławia oraz drugi raz pod tytułem " Nie traćmy się z oczu" (z pracami członków Okręgu Dolnośląskiego) galerii ZPAF " Za szafą" .
Elementem wiążącym projektu była moja fotografia, którą przekazałem Kolegom z prośbą o wykonanie z nią autoportretu. Z propozycją udziału w tym projekcie zwróciłem się bezpośrednio członków ZPAF, których adresy mailowe mogłem znaleźć na witrynie Związku, a poprzez witrynę ZPAF pośrednio do pozostałych. Do udziału w projekcie zaprosiłem też kilku Kolegów z zagranicy. Tworząc autoportret artysta stara się odpowiedzieć na podstawowe pytanie: Jak wyglądam?. Niekiedy również na inne: Jaki jestem? lub Kim Jestem
Serdecznie dziękuję wszystkim Koleżankom i Kolegom za udział w wystawie. Prezentacja prac na wystawie jest nie tylko naszym wspólnym działaniem artystycznym, ale także pozwala zapoznać publiczność z wizerunkiem artysty.
Słowa podziękowania kieruję do Rafała Drozdowskiego znakomicie omawiającego uwarunkowania socjologiczno – ekonomiczne na jakie napotyka artysta fotografik w aktualnej rzeczywistości.
Projekt uważam jako ciągle otwarty . W dalszym ciągu zapraszam do udziału w nim wszystkich Kolegów i mam nadzieję na finalną publikację tych autoportretów w formie książkowe.

Zenon Harasym

W wystawie udział biorą:
Stefan Arczyński - Wrocław
Jan Berdak - Opole
Jacek Braun - Wrocław
Czesław Chwiszczuk - Wrocław
Rafał Drozdowski - Poznań
Andrzej Dudek - Dürer - Wrocław
Tomasz Dzwonkowski - Płock
Stasys Eidrigivicius - Warszawa
Erazm Wojciech Felcyn - Gdańsk
Alek Figura - Wrocław
Jacek Fijałkowski - Szczecin
Jiři Hanke - Kladno (Czechy)
Jiřina Hankeova - Kladno (Czechy)
Roman Hryciów - Bielsko Biała
Roman Hlawacz - Opole
Zdzisław Holuka - Wrocław
Peteris Jauzems - Liepaja ( Łotwa)
Konrad Jacek Jędrzejczak - Warszawa
Ryszard Karczmarski - Chełm
Piotr Komorowski - Wrocław
Andrzej Koniakowski - Katowice
Jan Kotlarski - Jelenia Góra
Antoni Kreis - Chorzów
Violetta Kuś - Bydgoszcz
Adam Lesisz - Wrocław
Jerzy Lewczyński - Gliwice
Marek Liksztet - Jelenia Góra
Ewa Martyniszyn - Wrocław
Marek Maruszak - Opole
Mariusz Mazur - Lublin
Janusz Musiał - Myszkowice
Wiktor Nowotka - Piaseczno
Zdzisław Pacholski - Koszalin
Bogdan Prystom - Olsztyn
Antoni Rut - Poznań
Andrzej Rutyna - Wrocław
Piotr Sawicki - Białystok
Maciej Stawiński - Wrocław
Tim Stütz - Glinna
Roman Timofiejuk - Gdynia
Stanisław Woś - Suwałki
Jerzy Wiklendt - Jelenia Góra
Edmund Witecki - Wrocław
Piotr Zabłocki - Gdańsk
Andrzej Ziemkiewicz - Kielce

Tekst wstępu Rafała Drozdowskiego

Przynajmniej nie traćmy się z oczu!

Wydaje się, że projekt Koledzy. Spotkanie przez fotografię wyrasta zarówno z lęku przed wszystkimi złymi konsekwencjami postępującego rozproszenia naszego środowiska jak i z nadziei, że proces ten da się, być może, jeszcze powstrzymać.
Co jednak miałoby w praktyce oznaczać jego powstrzymanie? Powrót do artystycznej wspólnoty, lub (chociaż) do wspólnoty artystów? To byłby program maksimum. Ale byłby to również program zdecydowanie najmniej realny. Z roku na rok łączy nas bowiem coraz mniej. Różnimy się (jak zawsze i na nasze szczęście) pod względem postaw artystycznych. Jednak różnimy się także - i to coraz wyraźniej, coraz bardziej spektakularnie - pod względem naszych sytuacji życiowych. Wielu z nas de facto odeszło od fotografii. Wielu fotografuje wyłącznie dla pieniędzy. Są wśród polskich artystów fotografów i bogacze i biedacy. Są tacy, którzy potrafią być dla siebie skutecznymi menedżerami. Są i tacy, którzy są tej umiejętności zupełnie pozbawieni. Część z nas nadal fotografuje, choć nie ufa już fotografii i w głębi duszy przestała ją cenić. Inni - dokładnie na odwrót: dziesiątki razy zrywają z fotografią po to by po niedługim czasie znów do niej powrócić - jednak za każdym razem inaczej, z innych powodów i w innym celu.
Trudno w tych okolicznościach odnaleźć jakiś zakres wspólności i jakąś przestrzeń wspólnych interesów. Trudno się na cokolwiek umówić i trudno się do czegokolwiek zmówić. I tak już najpewniej zostanie.
Nierealność wspólnoty ufundowanej na podobieństwie interesów i (lub) na podobieństwie doświadczeń biograficznych nie przekreśla ani potrzeby ani powinności spotykania się i rozmawiania z sobą. Od razu jednak rodzi się pytanie: po co się spotykać (po co i o czym rozmawiać)? Najprostsza i najbardziej oczywista odpowiedź: po to, by się sobą nawzajem zainteresowywać. Może jeszcze też po to, aby stwarzać sobie (i innym) okazje do sygnalizowania własnej bezradności - poznawczej, artystycznej, adaptacyjnej itd. - w cichej nadziei, że te sygnały zostaną zauważone i że ktoś odpowie na nie wsparciem, które nie będzie upokarzające. I może po to, aby wzajemnie znajdywać się w roli kooperantów, potencjalnych współwykonawców - mimo wszystko - wspólnych przedsięwzięć.
Ale paradoksalnie - im wszystkie te spotkania i rozmowy są rzadsze i im bardziej są one odświętne (a są, bo w zasadzie nie może być dziś inaczej), tym też bardziej wydają się nam one krępujące i koniec końców, sztuczne, nieudane. Nie da się, a w każdym razie jest bardzo trudno rozmawiać z sobą szczerze i uważnie wówczas, gdy wszyscy rozmówcy wiedzą, że być może nie będzie już następnej okazji do spotkania. W sytuacjach takich rozmowy zazwyczaj zamieniają się w swoisty ceremoniał lub jeszcze gorzej - w wymianę (pozornie) wzniosłych i (autentycznie) pretensjonalnych deklaracji.
Są jeszcze przynajmniej dwa, równie poważne problemy.
Po pierwsze, w miarę wrastania w "realny kapitalizm" zaczęliśmy mieć - jako artyści i jako indywidua należące do społeczeństwa, które musiało się w krótkim czasie radykalnie przekształcić - coraz większe trudności z jednoznacznym komunikowaniem naszych indywidualnych i zbiorowych tożsamości. Zwiększająca się liczba ról, w jakich chcemy (bądź musimy) występować oraz narastająca złożoność, wieloaspektowość i wielowymiarowość naszych społecznych uwikłań sprawiają, że przestajemy umieć mówić o sobie. Coraz trudniej nam bowiem zgadywać, za kogo - tak naprawdę - biorą nas nasi partnerzy społeczni i z uwagi na co, na jakie kawałki naszych "ja" możemy być dla nich ważni i interesujący. Po drugie, nauczyliśmy się przekonania, że ze spotkań zawsze powinno (musi!) coś wynikać (w naszych czasach handlowcy, którzy dużo rozmawiają ze swoimi klientami, lecz ostatecznie niczego im nie sprzedają szybko tracą swoje posady). Tym samym jednak, chcąc nie chcąc utowarowiliśmy i zinstrumentalizowaliśmy nasze spotykanie się i nasze komunikowanie się między sobą. Stoimy dziś o pół kroku od interesownej towarzyskości.

Wszystko to brzmi pesymistycznie i może sprawiać wrażenie zapowiedzi jeszcze bardziej pesymistycznego podsumowania: że szanse na wolną od fasadowości i autentyczną komunikację są coraz bardziej iluzoryczne. Nawet, jeśli byłaby to prawda, nie znaczy to, że nie da się w tych okolicznościach sformułować żadnego programu pozytywnego. Wydaje się, że programem takim (minimalnym, lecz sensownym) powinien stać się dziś dla nas nie tyle program nakierowany na intensyfikację (żywej, bądź zapośredniczonej) komunikacji między nami, ile program mający służyć naszemu lepszemu wzajemnemu widzeniu się.
To i tak bardzo dużo. Jeśli więc nie możemy, nie umiemy albo i nawet nie mamy już ochoty spotykać się i rozmawiać ze sobą, jeśli po cichu bądź otwarcie przestajemy wierzyć w sens takich spotkań i rozmów, jeśli sądzimy, że nic nowego i nic ważnego z nich nie wyniknie, winniśmy chyba - mimo wszystko - obiecać sobie naszą możliwie pełną widzialność.
Ów program widzialności to w praktyce (przynajmniej) informowanie się o tym co robimy. To także większe otwarcie się na siebie rozmaitych artystycznych mikro-kręgów, które dzisiaj wzajemnie się ignorują. To w końcu również odwaga permanentnego oddawania się pod osąd i odwaga nie nachalnego proponowania się w roli partnera, w roli artystycznego wspólnika, z którym komuś może być po drodze.

Rafał Drozdowski
Poznań, styczeń 2007